O autorze
Poseł na Sejm III i IV kadencji, deputowany do Parlamentu Europejskiego, były rzecznik prasowy prezydenta Lecha Kaczyńskiego

Problemem PiS nie jest zły program, ale niepopularny lider

Propozycje, jakie w ramach od dawna zapowiadanej ofensywy politycznej zaprezentował w niedzielę Jarosław Kaczyński z całą pewnością nie są tak złe i tak niepoważne, jak ogłosili to od razu medialni i polityczni oponenci Prawa i Sprawiedliwości. Polsce potrzebna jest dyskusja o realnej polityce prorodzinnej. Prowadzą ją dziś w Europie prawie wszystkie państwa i dlatego postulatu PiS dotyczącego prorodzinnego systemu podatkowego nie powinno zbywać się złośliwościami. Podobnie ważna jest dyskusja o edukacji, czy o niektórych aspektach polityki karnej.

Oczywiście, postulaty PiSu można oceniać różnie zwłaszcza, że co akurat słusznie wytknięto propozycjom Kaczyńskiego, ich słabą stroną jest ewidentny brak wskazania w jaki sposób to wszystko sfinansować.



Pomimo, że expose Kaczyńskiego z całą pewnością powinno się potraktować poważnie, nie uważam, że może ono przynieść zasadniczą zmianę. Trzeba jasno i wyraźnie powiedzieć, że powodem dla którego Platforma wygrywa z PiSem nie jest przewaga programowa partii rządzącej nad opozycją.

Ludzie nie chcą głosować na PiS nie dlatego, że nie podoba im się program tej partii, ale dlatego, że nie ufają i nie lubią jej prezesa. Ta prawda była już oczywista w 2010 roku. Wówczas odpowiadając za strategię wyborczą Jarosława Kaczyńskiego jako kandydata na Prezydenta wiedziałem, że jego problemem nie są idee, które głosi, ale fatalny wizerunek. Wierzyłem wtedy, że tragedia smoleńska zmieniła Jarosława Kaczyńskiego, że zrozumiał, iż wojna polsko-polska przynosi fatalne rezultaty. Trzeba zresztą uczciwie powiedzieć, że za tę wojnę nie tylko on ponosił odpowiedzialność.

Prezes PiS wybory prezydenckie przegrał, ale zgromadził w nich w II turze aż 47 procentowe poparcie. Wielu ludzi uwierzyło, że lider PiSu się zmienił, i że politykę będzie uprawiał w sposób racjonalny i oparty na politycznym umiarze i bez radykalizmu. Można więc powiedzieć, że mimo przegranej Kaczyński był u progu nowego politycznego startu. Niestety, już kilka dni po wyborach prezes oskarżył swój sztab o złą strategię i otwarcie powiedział, że błędem było nie wykorzystywanie w kampanii tragedii smoleńskiej. Od tego czasu PiS systematycznie traci. Wynik 47% poparcia jest dziś nieosiągalny.

Dwa lata temu Jarosław Kaczyński przy publicznym poparciu Zbigniewa Ziobry ogłosił wielki zwrot w prawo. Rezultatem były dwie kolejne porażki wyborcze w wyborach samorządowych i parlamentarnych. Zeszły tydzień przyniósł informację, że prezes PiS jest znowu liderem rankingu polityków obdarzanych najniższym zaufaniem społecznym. PiS może więc dziś przedstawiać najlepsze nawet pomysły, ale dopóki będzie to czynił poprzez swojego szefa Polacy tego nie kupią.

W ubiegłym tygodniu obserwowałem konwencję Partii Republikańskiej w Tampie. Szkoda, że nie przyjechał na nią żaden polityk PiSu. Gdyby przyjechał, zobaczyłby, że Mitt Romney zaprasza swoich wewnętrznych oponentów do pierwszych rzędów konwencji. Ludzi takich jak Newt Gingrich, którzy jeszcze kilka miesięcy temu emitowali wymierzone w Romneya agresywne negatywne reklamy telewizyjne!

Prezes PiS natomiast bez publicznego uzasadnienia wyrzucił z partii Joannę Kluzik-Rostkowską i Elżbietę Jakubiak, a po roku uczynił to samo z Kurskim i Ziobrą, którzy skądinąd wyrzucenie swoich koleżanek entuzjastycznie popierali. Kaczyński swoje zaplecze stopniowo zawężał, a swoją zmianę wizerunku własnym działaniem zdezawuował. Trzeba przyznać, ze ma fanatycznych wyznawców - jest ich zgoła całkiem wielu, ale wśród reszty Polaków nie ma ani sympatii, ani wiarygodności.

Wiarygodności tej nie buduje zresztą najbardziej komiczny moment niedzielnego expose. Kaczyński zapowiada konstruktywne votum nieufności, aby dosłownie po chwili obrazić wszystkie poza PiSem partie opozycyjne, które przecież votum to musiałyby poprzeć.
Trwa ładowanie komentarzy...