Zamiast histerii potrzebna jest refleksja

Z bardzo przykrej dla Polaków wpadki Obamy powinniśmy wyciągać wnioski wykraczające poza rytualne, w sumie, wypowiedzi polityków.

Opozycja w oświadczeniu Jarosława Kaczyńskiego stwierdziła, że winę za tę wpadkę ponosi polska dyplomacja. Nie zdziwię się, jak za chwilę jakiś liberalny publicysta bądź polityk Platformy oskarży o to samo opozycję. Ta przykra sprawa stała się więc niestety znowu pretekstem do kolejnej odsłony wewnętrznej polskiej batalii politycznej. A przecież właśnie przy tej okazji, warto się zastanowić nad prawdziwą przyczyną tego, że taka wpadka prezydenta Stanów Zjednoczonych w ogóle była możliwa.



Skądinąd warto zauważyć, że to przecież nie pierwsza, delikatnie mówiąc, niezręczność prezydenta Stanów Zjednoczonych wobec naszego kraju. Przypominam, że administracja Obamy ogłosiła wycofanie się Ameryki z budowy tarczy antyrakietowej w Polsce w dniu 17-tego września. Symbolika tej daty zwłaszcza w kontekście nacisków Rosji w tej sprawie, była dla wielu z nas wprost szokująca.

Można Stany Zjednoczone lubić bądź nie, nikt jednak nie powinien mieć wątpliwości, że wpływ, tego co dzieje się w Ameryce, na politykę światową, jest ogromny. Właśnie dlatego nawet najmniejsze państwa świata wynajmują w Waszyngtonie lobbystów, agencje piarowskie, zabiegają o kontakty z kongresmanami i senatorami. Warto spojrzeć prawdzie w oczy. Polska w tej grze jest zaskakująco słaba.

W polityce amerykańskiej w praktyce czynnik polski nie odgrywa żadnego znaczenia. Dzieje się tak mimo licznej amerykańskiej Polonii i mimo tego, że przynajmniej teoretycznie powinniśmy być dla Ameryki ważnym partnerem. Obiektywnie rzecz ujmując, bez popadania w megalomanię, można stwierdzić, że miejsce naszego kraju w polityce amerykańskiej jest dużo poniżej naszego potencjału.

Od wielu lat przyjaźnię się z ważnymi amerykańskim politykami reprezentującymi diasporę kubańską. Kubańczyków jest w Stanach Zjednoczonych kilkanaście razy mniej niż Polaków, a mimo to mają liczną reprezentację w polityce amerykańskiej wszystkich szczebli, a ostatnio spekuluje się nawet, że Kubańczyk z pochodzenia Marco Rubio - senator z Florydy, może być kandydatem na wiceprezydenta ze strony Republikanów.

Temat kubański jest stale obecny w amerykańskiej polityce i nie można zignorować stawianych bardzo stanowczo postulatów tego środowiska. Kontrast pomiędzy wpływami Kubańczyków a Polaków jest po prostu uderzający. Oczywiście Kuba jest też pośrednim sąsiadem USA, a przez lata traktowana była jako lotniskowiec Związku Radzieckiego przy samym brzegu Florydy. Jest jeszcze jeden obiektywny czynnik, który wzmacnia pozycję Kuby, a który ma niebagatelne znaczenie w każdej amerykańskiej kampanii. Jak wiadomo Kubańczycy są skoncentrowani głównie na Florydzie, a to jeden z tzw. "swing states" czyli stanów, których poparcia nie mogą być w stu procentach pewni ani Demokraci ani Republikanie.

Polacy z drugiej strony mieszkają głównie w Illinois i Nowym Jorku, a to stany solidnie demokratyczne. Tak więc żadnej partii nie opłaca się prowadzić w nich zbyt intensywnej kampanii prezydenckiej. Ale przecież Polacy słabi są tam także na poziomie polityki stanowej. Sam byłem świadkiem, kiedy na ważnej polonijnej imprezie w Chicago, z udziałem bardzo wysokich władz Rzeczypospolitej, gubernatora Illinois reprezentowała witana owacjami jego sekretarka. Nie wyobrażam sobie, by na podobny afront mógł sobie pozwolić wobec Kubańczyków gubernator Florydy.

Wizyta w siedzibie Kongresu Polonii Amerykańskiej jest pouczającą, choć przykrą lekcją. Na ścianach wiszą tam zdjęcia z lat 40. i 50. pokazujące, że zjazdy KPA odwiedzali osobiście kolejni prezydenci USA. Jeszcze Ronald Reagan przyjmował wielkie delegacje Polonii w Białym Domu, ale już wtedy był to raczej wyraz poparcia dla "Solidarności" niż element wewnątrz amerykańskiej kalkulacji politycznej.

Polacy nawet jeśli nie mogą znacząco wykorzystać swojego potencjału wyborczego w sensie liczebności elektoratu, zupełnie nie wykorzystują też innego atutu, który posiadają tzn. pieniędzy. Rozmawiałem kiedyś z ważnym działaczem polonijnym, który gdy zasugerowałem mu, że można by wśród Polonii zorganizować zbiórkę pieniędzy na jakiegoś kandydata i w ten sposób przywiązać go do polskich postulatów, tenże działacz zrobił wielkie oczy i powiedział, że bałby się, iż Polonia oskarży go o machlojki finansowe.

Kolejne rządy po 1989 r. przyjmowały mylne założenie, że kluczowe do budowy pozycji Polski w USA są stosunki z Białym Domem. To oczywiście ważne, ale realna amerykańska polityka odbywa się przede wszystkim na Kapitolu. Najlepszym przykładem jest sprawa wiz. Gdyby jakimś cudem kochający swą dawną ojczyznę John Kowalski z Chicago, został jutro prezydentem Stanów Zjednoczonych, w sprawie wiz nie mógłby zrobić nic, bo o nich decydują kongresmani i senatorzy. Niestety polskie instytucje, które mogłyby w tej sprawie być skuteczne, politykę polską prowadzą w Stanach Zjednoczonych w sposób będący pomieszaniem cepelii i martyrologii, a to niestety do niczego już dzisiaj nie prowadzi.

Zamiast więc wpadać w histerię z powodu głupiej i kompromitującej wypowiedzi Obamy, zastanówmy się jak uczynić z Polski i Polaków na tyle ważny czynnik w polityce amerykańskiej, żeby ignorancja w sprawie Polski była w Białym Domu niemożliwa.
Trwa ładowanie komentarzy...