Kto napisze scenariusz dla Platformy?

Kłopoty Tuska mają charakter strukturalny. Kolejne sondaże nie mogą już dawać złudzeń, ze spadkowy trend PO to chwilowa zadyszka. Niestety, przynajmniej oficjalnie, wypowiedzi polityków tej partii pokazują, ze mało kto zdaje sobie sprawę ze skali kryzysu.

Błędem jest przypisywanie trwającego od stycznia odpływu wyborców od partii rządzącej jednostkowym wpadkom czy kłopotom. Takie zdarzały się bowiem i wcześniej, a jednak nie miały aż tak poważnych konsekwencji. Śmiem nawet twierdzić, że w poprzedniej kadencji potencjalne problemy PO były w istocie większe – afera hazardowa czy katastrofa w Smoleńsku. Popularność poprzedniego rządu Tuska była pod koniec kadencji bardzo niska a jednak w imponującym stylu, z 10 % przewagą Platforma pokonała PiS w wyborach.


Stało się tak z dwóch powodów. Po pierwsze dzięki skoncentrowaniu kampanii na Tusku „przykryto” niepopularność rządu i względna słabość PO. Po drugie wpadka Kaczyńskiego z Merkel ożywiła negatywny stereotyp prezesa PiS, co zmobilizowało wyborców bojących się jego powrotu do władzy.

Dziś, jak to pisałem w moim pierwszym tekście w naTemat, powrotu Kaczyńskiego do władzy prawie nikt się nie obawia. Co więcej, przy tak dużym spadku PO jeszcze lepiej widać, ze główna partia opozycyjna posiada trwałą, nieprzekraczalną barierę wzrostu. PO traci a PiS nie zyskuje, a co najwyżej odrabia straty związane z odejściem Ziobry. Nawet wiec, jeśli PiS zdobędzie w wyborach najwięcej głosów to nie ma szans na rządzenie.

Drugi powód strukturalnego kryzysu obozu władzy jest jednak poważniejszy. Nazywa się Donald Tusk.

Premier w ciągu ostatnich lat niezwykle skutecznie uwodził Polaków. W sposób budzący podziw umiejętnie grał na lęku przed Kaczyńskim budując z drugiej strony konsekwentnie swój wizerunek męża stanu. Dziś jednak, śmiem twierdzić, Polacy nie mają już poczucia, ze Tusk ich uwodzi. Co więcej, mają poczucie, że mu już na ich poparciu nie zależy… Przyczyna tego nie tkwi bynajmniej w podjęciu przez rząd trudnej reformy emerytalnej. Przyczyna tkwi w tym, ze każdy wie, iż Donald Tusk nie chce już być premierem.

Deklaracja Tuska, że to jego ostatnia kadencja, ma dalekosiężne skutki zarówno w elektoracie jak i samej partii rządzącej. Elektorat czuje się jak dziewczyna zaproszona na romantyczną kolacje ze świecami, na wstępie, której, przystojny młodzieniec oświadcza, ze kobiety go nie interesują. W partii zaś, skoro każdy wie, że za trzy lata to nie Donald Tusk będzie rozdawał karty, nikomu nie chce się na niego pracować.

Jeśli Donald Tusk chce dalej kontrolować sytuacje musi więc rozwiązać problem, który stworzył deklarując, że to jego ostatnia kadencja. Może to zrobić na dwa sposoby. Albo z tej deklaracji się wycofa, albo sam i to w miarę szybko określi czas i sposób wyznaczenia swojego następcy. Jeśli Tusk stwierdzi, ze poprowadzi partie do następnych wyborów będzie musiał zacząć znów „uwodzić” Polaków a politycy PO zrozumieją, że muszą na niego grać. Jeśli zaś określi czas swojego odejścia i ogłosi otwarte wybory na lidera to na wiele miesięcy skoncentruje uwagę mediów na bezprecedensowo demokratycznym sposobie wyboru szefa największej partii w Polsce. Te swoiste prawybory mogą pomoc Platformie, przykryć inne niewygodne sprawy, będą bowiem niezwykle atrakcyjne medialnie.

Prawybory nie szkodzą ani demokratom ani republikanom w USA, w prawyborach wyłoniono kandydata francuskich socjalistów na prezydenta, który dopiero co wygrał, w prawyborach wreszcie, w samej PO, Komorowski pokonał Sikorskiego a następnie zasiadł w Belwederze.

Moim zdaniem Tusk musi wybrać jedna z dwóch powyższych opcji, choć jest oczywiście i trzeci scenariusz. Wszystko zostaje bez zmian a premier i jego partia liczą na premię za Euro 2012. Taki wariant niesie jednak ze sobą potężne ryzyko. Po pierwsze, nie wiemy czy premia za Euro w ogóle będzie, po drugie, jeśli będzie nie wiemy jak wysoka i jak długotrwała.

Jeśli jesienią tego roku notowania PO będą w dalszym ciągu 10% niższe niż w wyborach w naturalny sposób rozpocznie się ferment w klubie parlamentarnym. Podobnego procesu byłem świadkiem w AWS. Posłowie bowiem, nawet jeśli niewiele umieją, to na pewno umieją liczyć. Zwłaszcza, z którego miejsca na liście dostali się do Sejmu. Wyraźnie mniejsze poparcie dla ich partii oznacza, ze całkiem konkretni, z imienia i nazwiska, parlamentarzyści PO będą wiedzieć że najprawdopodobniej do następnego Sejmu już nie wejdą. Doświadczenie uczy, że jeśli niepewnych posłów w klubie jest niewielu to nawet dobrze wpływa na wewnętrzną konkurencję, jeśli jest ich jednak 1/3 albo i więcej sterowalność takiej grupy gwałtownie spada.

Wybór Tuska sprowadza się wiec do tego, czy to on sam czy ktoś za niego napisze scenariusz polityczny najbliższych lat.
Trwa ładowanie komentarzy...