Jeśli to co usłyszeliśmy okaże się prawdą, Marek Papała zginął, bo miał strasznego pecha być w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze. W niczym nie ujmuje to ani tragizmowi jego śmierci, ani w żadnym stopniu nie osłabia wszystkich słów, które padły pod jego adresem, opiewających świetnego oficera, człowieka walczącego z przestępczością. Człowieka, który będąc świadkiem przestępstwa chciał zareagować jak przystało policjantowi i oficerowi i zapłacił za to straszną, najwyższą cenę.
Pisze o tym, bo analogia z szaleństwem, które ogarnęło Polskę po Smoleńsku wydaje się uderzająca. Ogrom tragedii związany z upadkiem prezydenckiego Tupolewa wydaje się tak duży, że trudno niektórym uwierzyć, iż jego przyczyny mogą być szokująco banalne.
Polski bałagan, rosyjski bałagan i niesłychanie niekorzystny zbieg okoliczności, tak moim zdaniem brzmi wyjaśnienie tego, co stało się 10 kwietnia. W niczym nie umniejsza to oceny ofiary, którą ponieśli przywódcy naszego państwa, lecący by upamiętnić jedną z największych tragedii narodowej historii. W niczym nie zmniejsza to odpowiedzialności tych urzędników państwa polskiego, którzy zawiedli przed i po tragedii smoleńskiej.
Zamiast jednak w obliczu tragedii koncentrować się, nawet ze szlachetnych pobudek, na teoriach spiskowych, warto zająć się tym, co jak sądzę przede wszystkim łączy śmierć Papały i niemożność jej wyjaśnienia z tym, co wydarzyło się pod Smoleńskiem. To dramatyczna słabość naszego państwa. I dramatyczna słabość naszej elity, by państwu temu skutecznie przewodzić.
